Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gi, lasy, łąki, trzęsawiska, mijają się biegiem — złowrogo i nienawistnie — kto prędzej! — usta otwarte, suche i spieczone łapią w rozdęte płuca powietrze — serce wali boleśnie — pęknie! pęknie! — — już granica — miasta — wsie — stolica — dalej, dalej, dalej — dniem i nocą, dniem i nocą — przez rzeki i lasy, łany i piachy — i dalej, i dalej — — aż gdzieś w zakamarku ziemi, który wreszcie stał się schroniskiem bezpiecznym i nieznanym tamtym — przylegli śmiertelnie zgonieni w norach, opłotach, zastodolach, gliniankach, wertepach — i już tylko spać, spać, spać — —
Obok — duża, nalana twarz przechyliła się na ramię — skłaniająca się widocznie ku temu wizyjnemu spaniu —
Poczyna inny kąt — z pod zawilgoconego od spodu zbiegu ścian —:
— za tym wszystkim gna w posępnym pośpiechu tamto drugie rojowisko —
— w nędzy też i w poniewierce —
— lecz z czymś nowym i dobrym w zanadrzu —
— ta sama bieda — jednakie zgonienia — jedna niewola —
— z wyrównaniem sprawiedliwości! —
— jakżeż okrutną bywa sprawiedliwość —
— z zakonem nowych praw człowieka —
— jedno jest tylko: miłość człowieka, zrównanie go w losach, wzwyżenie etyczne, podnoszenie ustawiczne — a to wszystko jest jedność, to wszystko jest mądrość i dobroć, a to też jest jedność —
— ziści się sens miłości bliźniego zagubiony