Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miotły, grace, polewaczki; to to wejście właśnie. Pokój dość spory, bez okien, z cichym wentylatorem pod sufitem; żadnych portretów, żadnych gazet; portrety każden z tu przychodzących miał w źrenicach, bibułę w kieszeni; lepiej wogóle nie; stołki tylko, stoły, popielniczki i nieużywane karty, że niby palarnia, gdyby co. — Na długim kantorku suszył tu, pod ścianą, właściciel, skórki cytrynowe, drobno po« szatkowane; to była jego robota; dawała mu jakieś tam korzyści i dawała równowagę, spokój i szybką orientację. — Przez cały czas trwania kawiarni nie było szkodliwych rewizji i nie było wsypy. Pan Teodór — tak się zwał, nic więcej, tylko: towarzysz pan Teodor, sam o sobie mówił: pan Teodor, mały, czarny, cygański typ, zawsze w smokingu (do biura chadzał w szmatławym i pomiętym ubraniu) — czuwał i stróżował; miał wzrok i węch. Pod jego opatrznościowym okiem, jarzącym, węglowym, chytrym schodzili się podziemni działacze. W ostatnich czasach ruch był wzmożony. Komentowano siły; trzeba było być na wszystko przygotowanym; instrukcje były jasne, pewne, kategoryczne, tworzył się nowy rząd; częściowo poza granicami, szedł z armią; częściowo w kraju; funkcje były rozdzielone, pozycje, zakres działania. Ci z partii czekali z dnia na dzień, z godziny na godzinę; lada chwila i o każdej porze mogło paść hasło; moment był co się zowie poważny.
Cyprjan zachodził od czasu do czasu do tego ogniska przedwczesnej konstytuanty.
Widział. Obserwował przychylnie. Ufano mu.
Lecz:
— nie wierzę aby to się teraz stało —