Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wokoło ściemnia się bardzo — obrzask ten sygnalizuje i urzeka — więc pamięta się tę pięść rozświecającą i gasnącą z ponad niej głos nachylony i powiewny: — z frontu wiadomości, hm, haniebne, a nawet, powiedzmy po prostu, horendalne — a ja, Cyprjanie, mam co się zowie dobre wiadomości, dokładne, gadam przecie: pozagazeciarskie, e, pozasztabowe, — komunikaty oficjalne z frontu, cóż, rozumie się — —
Cyprjan patrzy przed siebie w tę daleką wygorączkowaną latarnię: partyjnik, myśli; z nielicznych jeszcze wtedy; — — ja tu na prawo — mówi neonowa pięść; słychać plusk; wodę czuć; i cytrynę czuć od gabardynowego płaszcza; ziąb ciągnie od nóg —
— przyjdziecie — ?
Znikł w zgęszczonym cieniu, na prawo, w ulicy pustej.

W małej kawiarence przy placu Trzech Dębów — z tajnymi drzwiami do drugiego, zakonspirowanego lokalu — schodzili się wtedy zwolennicy nowego ładu, bystrzy wyznawcy ery człowieka, która, z szaleństwa, z oparów krwi i czadu zgliszcz starożytnego świata, rodziła się urodziwa, młoda i pracowita. — Właścicielem kawiarni był Ormianin, partyjnik zagorzały, człowiek zaufany i stokroć pewny; pracował w jednym z banków; był tam wysokim urzędnikiem; wieczorami i nocami prowadził ten zakonspirowany interes. — Za wysokim bufetem było to wejście zamaskowane, a drugie z sieni z poza załomu klatki schodowej; tam stała kulawa i ochwierutana szafa na narzędzia zwyczajne, porządkowe: