Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


od pół roku dojrzewał w nim; poemat, pieśń, hymn, witający dzień wielkiego wyrównania, chwalący dzień wspólnej, uzwyżającej pracy, wyzwolone] z wszelkiej niewoli, nakazu i wyzysku, pracy wolnego, świadomego człowieka —

— dzień!
Zapachem żywicznym przybliż horyzont,
wprowadź go w aleje spryskane nasieniem słońca przesianego skroś listowia

— aż tą drogą przyjdzie człowiek
uśmiechnięty, muskularny i pełen zdrowia.


Wracał, — była, tak jak i teraz noc, ciemna noc; przez matowe szkło sączy się malignowe światło lampki nocnej, a to jest samotna latarnia przy drewnianej bramie; — dookoła plot z desek, obskurny — przeraźliwy fragment przygnębiających krajobrazów podmiejskich: smutek, rozpacz, nienawiść, bunt —;— a od tej bramy (z wewnętrzną skrzypiącą, niską furtką), więc raczej z tego przeciągłego skrzypu cień się ludzki wypruwa (— ten parkan haniebny otacza podwórze fabryczne, to się wie z łazęgi dziennej —) — przechodzi, mija, przystaje, wraca —
— Cyprjan! tutaj? — no; idziecie w stronę mostu? — no, to razem —
Wyjmuje z pod gabardynowego płaszcza papierośnicę; — zalśnił gors białej koszuli, krawatka czarna, motyl; — przystaje, nasuwa kapelusz na oczy; odwraca się, trzask zapalniczki; potem papierosa na sposób sztubacki w kułaku trzyma — przy zaciąganiu się neonują czerwono kraje palców — wtedy