Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/030

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciekawą książkę udało mu się załapać; szpiegowali się w tym fachu z Rzykowskim i przechytrzali wzajemnie.
Raz na kwartał była robota sakramencka w tym Msiku; akurat padła na Cyprjana; inni się jakoś wymigiwali — a on piśmienny właśnie i najmłodszy; taki zawsze cierpi. Mógłby jeszcze Mikołaj — lecz raz że mu tak zawsze zimno było, po drugie tak umiał spojrzeć jakoś daleko, nieobecnie i nieprzytomnie, jeśliby mu się naprzykład zaproponowało referat jakiś czy memoriał, że odchodziła ochota wszelka, nie kończyło się zdania i wycofywało na palcach nieomal i tyłem — taki sobie człowiek samemu wydał się nagle bezczelny i grubiański; i każdy tak to wyczuwał bez wyjątku — minister, woźny — obojętne. — A w tej kwartalnej robocie szło o to, że trzeba było przygotować dla ministra na posiedzenie rady ministrów — sprawozdanie z czynności dokonanych prac i „plan zamierzeń“ na następny kwartał. — To nie byle co! — Zebrać materiały od poszczególnych wydziałów? — Oczywiście; lecz to nie wystarcza, tego bowiem, bogiem a prawdą, nie będzie więcej niż na dwie, trzy stronice; maksimum; a tu trzeba co najmniej dwadzieścia pięć; im więcej tym lepiej. Powaga instytucji państwowej tego wymaga. — Był to więc autentyczny problem twórczej pracy. Szereg pozycji należało po prostu wyssać z palca, inne nadmuchać i podszyć wiatrem, inne ubarwić na rumiano, hożo i dziarsko; byle z życiem! — Pierwszy raz szło to niemrawo i ciężko; jak to pierwszy raz; lecz później nabrał Cyprjan takiej wprawy, że zapisywał dziesiątki stron; powieść po