Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


takie przypuszczenie nasunęło; zapytać wtedy nie mógł, bo podreptała dalej — w czarnej po obcasy sukni i w jakiejś staroświeckiej jupce bufiastej z kołnierzykiem wysokim z przodu spiętym szeroką broszką przedstawiającą dwie ściskające się dłonie.
Było jeszcze innych urzędników sporo, bo to i wydział konserwatorski i dyrektor kancelarii — znamy go już — od niego otrzymywało się kontyngent bloczków, ołówków, stalówek i obsadek, czasem linijkę też, suszkę wreszcie zapasową; taki rodzaj sklepu z artykułami piśmiennymi; tyle że za darmo; bo rządowe! — on również rozdzielał deputaty: to małpie, czy wiewiórcze sadło, kawę, herbatę, cukier i t. d. — tym się handlowało na mieście; — był i sekretarz generalny, hrabia, panie święty, wydział rachunkowy, wicesekretarka, stenotypistka, bibliotekarka (krewna ministra), woźni, najpierw jeden ten Litwin, zaraz potem jeszcze dwóch i gońców kilku. Wzięcie; szyk; fason. Rodziła się wielkomocarstwowość. To się czuło!
Takie oto ministerstwo. Niewielu interesantów: życie spokojne. Przychodziło się o dziewiątej, wychodziło o trzeciej; to trzeba było; za to płacili. O tej popołudniowej godzinie dawał hasło Stanisław Rzykowski: „wysączmy się z tego ansztaltu“ — inni mówili: „spuśćmy się z łańcuszka“. — Cyprjan z Mikołajem szli zaraz po obiedzie do antykwariatów na Świętokrzyską; szperali w drukach i książczynach: wtedy właśnie „pękły“ dwie biblioteki prywatne a zacne: Przyborowskiego i Gomulickiego.
Cyprjan puszczał na to całą pensję. — Wisi nie posyłał nic. To też nie było w porządku. Niejedną