Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/355

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Fałn? acha! — a czym pan jest w cywilu? —
Cyprjan zawahał się chwileczkę i odrzekł:
— historyk sztuki —
Tedy generał zwrócił się do całej komisji:
— panowie, stanowczo „c“ —
Rzekł to takim tonem jakby historia sztuki była bardzo niebezpieczną chorobą. Tak to też wszyscy zrozumieli; poczym pułkownik Ypsylon zaświstał cichutko fiiiii; komisja jednogłośnie uchwaliła „c“.
Podczas ubierania się — przed komisją bowiem musiał stanąć nago, jakkolwiek miał tylko pokazać język, jednak wpierw musiał pokazać wszystko — aż tam coś samoczynnie jęknęło w Cy prjanie z radości, jęknęło, zaskomlało, połechtało po krtani i po woreczkach łzowych; to to to „„c“, górne, najgórniejsze „c“!!
Tego samego dnia wyjechali do domu. Zaraz nazajutrz, wolny, wrócony słońcu, wydobyty z podziemi, oznajmił pełen rezonu:
— widzisz Wisiu, poeta jestem nic więcej, ale też i nic mniej! — wszystko dla mnie pozatym to detal lub materiał; — chcę być pierwszym lirykiem mojej epoki — dopomóż mi do tego —
— tak? — zapytała, nic wiele z tego rozumiejąc; — a jakże ja ci mogę dopomóż — ? —
— istnieniem swym; tak jak potrzebna mi była twa obecność, z niej bowiem czerpałem siły do utarczek, walk i podstępów — aby się z tej piekielnej matni przecież wydostać — tak teraz chcę... bo to ty czekałaś w kawiarni co wieczór, prawda? — a dla mnie to było, wiesz, symbolem, rozumiesz, symbolem