Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/347

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nia nieporęczne nasuwa obrazy. Bo to... ale cóż, rzecz ludzka, ptaszki z człowieka nie wyniosą. —
Baczność! Cholera!!
A potem już jechali państwo młodzi autentycznym dyliżansem, takim z pierwszego dziesiątka lat XIX wieku.
— może prababcia moja nim jechała — ? — zażartowała Wisia.
— możliwe — ponuro odrzekł Cyprjan. Jechali na miejsce — chce się powiedzieć: stracenia; niech więc będzie: na miejsce stracenia.
Od kolegów, którzy też tym dyliżansem, dowiedział się, że ten kapitan, ten pies wściekły, co to ino per szwinia, i tylko nieder — auf, nieder — auf, a po mordzie „bis du blau wirst“ — odszedł na front, ale on się i tak zadekuje, chyba, żeby go żołnierze w plecy, a mają tam pika na niego i wielu przysięgło się, że „pierwsza kulka“; — mają teraz innego, elegancki chłop, o nic nie dba tylko wóda i dziewki — jak się ożre to nabierze tych pind wyfiokowanych do fiakra ile się tylko zmieści i jeździ po całym mieście, ledwie go spod tych sukien, bluz, kapeluszy widać — tyle, że podnosi wydobytą z pod spodnie rękę i wywijając nią wrzeszczy: hurra! — hip, hip hurra, albo znów: feuer! — bajonet auf! -- A dziewuchy się aż pokładają ze śmiechu, się tam nie jedna posiusia w majtki — jakbym był przy tym, kończy relację szlafkamrat Cyprjana, Józek Kozłowski.
Mówił te nowiny przytłumionym głosem — bo w kącie dyliżansu — nabitego żołnierzami po wręby — siedziała kobieta.
Szturchnął Cyprjana w bok: