Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/346

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nach — gdzie ino — — tyle godzin! życie zbrzydnie do reszty.
(Cyprjan: cholera! szlak jasny trafił! — Wisia: no, no, ładna podróż poślubna! —)
Na którymś przystanku rozluźnił się nieco ten jadowity kłąb; — jakiś tu pułk był stacjonowany, więc gromada urlopników wysiadła. Przez krótki moment w przedziale było pusto; tylko ich dwoje; wycałowali się też i wy ściskali namiętnie; ale żeby co, to nie; ani czasu, ani sposobności dostatecznie, i denerwacja; wycałowali się, a on ją przy tej okazji poobmacywał, ale dość pobieżnie.
Na węzłowej stacji wysiedli. Restauracja. Jedzą. Copochwila wchodzi jakiś oficer, trzeba się zrywać i stać na baczność. Jedzą. Baczność. Jedzą „klobas“ — po prostu kiełbasa z kapustą. — Podróż poślubna — Wenecja — plac świętego Marka — gołębie — gondole — lody włoskie — — czeka Mediolan — Florencja — Asyż — Rzym — Pompeja — niebieska grota — hotele — wygoda — duże łóżka... Baczność! — Mówią już nie wiele — bo skąd i tematów nabrać? — Baczność! Co tych oficerów! — Podczas picia herbaty — Wisia bierze delikatnymi paluszkami (— śliczną ma rękę! —) kilka bibułek zwiniętych odwróconym stożkiem w wysokiej szklance; chowa do torebki; po chwili wstaje —
— co? —
— nic —
Baczność!
— ? —
— fajną masz dziewczynę — ja tylko bibułki — Wyszła. Zrobiło się nieco niemiło; i wyobraź-