Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/348

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— kto to ta frajla — ? —
— to żona moja —
(— pierwszy raz mówię: żona; dziwnie to brzmi — ale przyzwyczaję się —)
— toś ty się ożenił? — pierona! —
— sakra — zadziwił się ktoś z naprzeciwka; twarzy nie widać; ćma; dymno; duszno.
Pośmiechy w trzęsącym, dudniącym pudle.
Jakiś gruby głos, bas:
— ech, braciszkowie, nima to jak własna pociuryna — zostawiłem swoją, kto wie kie ją tam znów uźrocze —
Westchnął; i znów kilka westchnień w różnych tonacjach przeskoczyło po ścianach pudla jakby kto mimowoli dotknął klawiatury fortepianu.
— kamraci! — zaśpiewajmy co, dobre? —
— zacznij —
— a co? —
— może „dzień deszczowy i ponury“ — ? —
— czyś się wściek — ? — facet jedzie z młodą żonką — a ty „ponury“ —
Tu Józek Kozłowski zwrócił się do Wisi, która zgniecona i przyciśnięta do uwierającej poprzeczki żelaznej — pojękiwała w sobie —
— pani wybaczy, Kozłowski jestem, takie okoliczności, nieprawdaż, a to koledzy z pułku, nieprawdaż, jeśliby co, przepraszamy, ale pani też żona żołnierza, nieprawdaż — — a teraz chłopcy umiecie: „księżyc już zaszedł?“ —
— umimy, zaczynaj —
— no jazda, koledzy —
Jak tam umieli wyciągali::