Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/345

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie dziwne, że w drzwiczkach pieca przebłyskują węgielki? — w lipcu? —
— rzeczywiście —
Z poza krat żarzyły się dwa ogniki uparcie i siedząco.
Mania rozwiała te zagadkowe podziwy:
— niedopałek płonący rzuciłam do pieca — widać przeciąg, więc nie zgasł i rozżarzył jeszcze i jakieś drewienko —
Powiedziawszy to zapatrzyła się w przestrzeń pełną warstw powietrza, ponad którymi rozpoczyna się stratosfera i tak dalej; z tej pełnej tajemnic podróży spoczęły znużone oczy z zadowoleniem, jakie zawsze odczuwamy wracając po długiej niebytności do domu, na pięknej starej broszce, którą właśnie odpięła spod szyi pomyślała: to ładna robota; kunsztowny rysunek złotego listka i ciemno granatową emalię pokryło przeźroczyste widmo męskiej opalonej twarzy z przystrzyżonym po angielsku wąsem spod którego zabieliły się duże, mokre zęby; głowa wspierała się wygolonym lśnieniem podbródka na wysokim kołnierzu, na którym lśniły trzy gwiazdy pierwszej wielkości; w ich mżącym, błyskotliwym, niespokojnym blasku przygasły nieco rozżarzone węgielki w żelaznych drzwiczkach pieca.
Jazda do tych sakramenckich Moraw — okropna! Wagony wyranżerowane, na szmelc; okna powybijane; brudno, prześmierdle, zapluto; żołnierzy udręczonych, wy szczuty eh, złych, kupa sroga; ścisk, tłok; człowiek człowiekowi na ramionach, na kola-