Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/344

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i zwrotów zdumiewającym; i to, żeby nogi połamała zanim tu przyszła, i to, że jej zabrała kochanie jedyne, i to, że on zobaczy co to za ptasi móżdżek, i to, żeby sześć dni pod płotem konała — potem, że on jej zrabował całe zdrowie, że co tylko zje, to z niej ciurkiem leci; — jak zwykle: zazdrość podsuwała jej najpospolitsze formułki znachorów i wiedźm. Bardzo nieprzyjemne. Cyprjan zniósł to z cierpliwością dopiętą na wszystkie haftki i zatrzaski. — I ty nic na to? — ty milczysz? — przypatrujesz się z ironią mojej męce— ! — gardzisz może? — zapomniałeś? — wypędzasz! — Zapytał: ja? — Wtedy Kle uderzyła go w twarz, wyszczerzyła zęby, wessała górną wargę, podsunęła brodę do obwisłego i ruchliwego nosa, zdjęła szybkim ruchem ręki oczv z jego czoła — podrzuciła je w górę, silnie, wysoko, powyżej dachu — zagrały w tym locie jak druty telegraficzne brzmią, gdy się ucho do słupa przyłoży — błysnęły białkami i wpadły przez komin do wnętrza domu. Kle tymczasem uniosła ramiona, które nagle porosły błonami od dłoni do kolan —
(— skąd ona, na dziś akurat, tyle krepy? i, że nie zauważyłem tego pierwej? — pomyślał —)
A Kle już nie było obok niego; — tylko żałośnie piszczący nietoperz okrążał dom coraz ciaśniejszym kręgiem. W gąszczu drzew świeciły robaczki świętojańskie. Z bardzo daleka, z wąwozu przecinającego jak głęboka obliźniona rana widnokrąg, wynagiął się kilkakrotny posępny gwizd pociągu. — spójrz, rzekła w pewnej chwili Wisia, gdy do plecaka pakowali bagaż podróżny, — czyż to