Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/339

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wtedy cichcem przez dobrych braci słowiańskich Czechów, których tu w tej maroderce najwięcej — od lekarza po ostatniego saniteta — listy; do tego i owego; ma się przecie jakie-takie znajomości; więc: urlop ośmiodniowy „familienangelegencheiten“; — a z tymi palcami trwało sześć tygodni — to już mamy suma sumarum prawie dwa miesiące obite; to już coś znaczy. — Ile też wskazuje ten barometr z łajna ludzkiego? — to jedno wartoby wiedzieć!
I na tym urlopie rozklekotanym list do Wisi: „nie ma na co czekać, to wszystko może trwać ad infinitum; przyjeżdżaj, pobierzemy się“; list do Krakowa z Wiednia Krotowscy już wyjechali; w tym stadium wojennego obłędu Europy wszystko było względne i niepewne; już i Wiedeń był zasiekami spięty i rowami otoczony; ufortyfikowany; awanse wał do godności twierdzy.
Rozsądna równowaga Wisi wydala się w aktualnej sytuacji Cyprjanowi ostoją; zatoką spokojną o równomiernej aurze, zasobem pokrzepienia, zaprowiantowaniem się w artykuł pierwszej potrzeby: zdolność przetrwania, futorem wreszcie, w którym ukryła się przytomność przed najazdem szaleństwa.
Pobrali się wojennym ślubem — bez zapowiedzi i bez spowiedzi.
Staruszek ksiądz, który, wzwyczajony w monotonne i powolne mijanie prowincjonalnych lat, na wszystko miał czas ciągliwy i przewlekły — w tym nie miłym mu, obcym i niezwyczajnym pośpiechu wojennego, słyszał świat, pośpiechu — zapomniał nawet ręce stułą związać; gafa, którą delikwenci kodeksu matrymonialnego nie przejęli się ani nie