Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/340

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


matrwili zbytnio; właściwie nie zauważyli; dopiero im później o tym powiedziano; sprawa nie miała żadnego znaczenia. Migiem, jak nagły atak lotniczy, skończyły się te nieprzyzwoite ceregiele; rano; przy „zamkniętych drzwiach“; — bardzo dobrze — pomyślał Cyprjan — przypomniał sobie, że nie zdążył przebrać trzewików, które były niemożliwie pokrzywione i zadeptane, podeszwy naderwane i, co najgorsze, dziurawe; przesąd całych trzewików w takich okazjach dość rzadkich przecież był w nim silny.
Lecz w kościele istotnie pusto. Tylko pani Kle stała samotnie jak zastygły stalagmit, jak sama noc smolnie skroplona w pośrodku głuchego, polnego zdenerwowanych, niedotykanych ech kościoła — w czarnej była sukni, blada i rozdygotana.
Wisia odęta nieco, mokra od łez zasłaniała powiekami liliowymi nie patrzące, wypukłe oczy; podszewka powiek była piaszczysta.
Wesele — no cóż tam wtedy, gdy wszystkie warstwy powietrza od powierzchni morza po stratosferę drżały hukiem ogni zaporowych, trajkotem mitraliez, pijaną rozpaczą mas ludzkich gnanych do ataku — powietrze było ciężkie od gazów i jęków konających; — w hinterlandach trwoga i groza dniami i nocami, sacharyna, chleb kukurydziany, kawa z żołędzi, herbata z ostrężnic, tytoń z bukowych liści — — wesele! — jest też o czym mówić!
Tyle tylko pamięci o tym zostało, że przez pomyłkę nasypano do cukiernicy soli — to też kawa i jakieś zmyślne ciasteczka z mąki ziemniaczanej były słone; po prostu nie do picia i nie do jedzenia! Otrząsali się wszyscy, siedząc ciasno obok siebie przy wą-