Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/338

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Splunął kapral Kuś; przechwalał się cięgiem, że ze dwudziestu Moskali, panie święte, zabił jak nic, raz to nawet bagnetu, wegnanego przez flaki do pacierza widać, wyjąć z jednego oficera ruskiego nie mógł, szarpał, powiada, aż się spocił, a tamten za tym bagnetem to tu to tam, a charczał pieron! — a nie dało się; musiał zostawić cały gwer w kadawrze — ale ich ta dość leżało wszędzie tych gwerów;— a jednak kapral Kuś widoku krwi nie znosił; mgliło go.
— Te Fałon, czy jak ci ta, strać mi sie, powiadom ci, z oczu, laufszrit mi sie strać —
A do wygolonych pał rekruckich:
— patrzeć, wiecie, na krew ni mogę, taką mom naturę; — zdałoby się, ferflucht, zakurzyć — Cyprjan podał mu całą paczkę „trzynastki“ —
— proszę, ja i tak kręcić nie potrafię —
— no ja, lewom się nie do; — wal pon direkt do marodcymry —
Bardzo był radosny dzień.
Palce rzetelnie i należycie rozcharatane — rana rozwarta jak odęte wargi — — uchwycić cośkolwiek tą rękę ani mowy.
Było przesłuchanie; — lecz feldfebel istotnie wydał poprzedniego dnia rozkaz, żeby się każdy jeden zaopatrzył w giętki kij, bo trza śtrozoki wytrzepać przed inspekcją — ; — wszyscy zaświadczyli. Kapral Kuś potwierdził.
Potem marodcymra i szpital; czymś tam smarują, opatrują, przewijają, ale rana jadzi się srogo; temu jadzeniu to już trzeba odrobinę pomóc; sposoby są; obiera cały gips sakramencko; diablo boli!— Wszystko razem: chromska frajda!