Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/332

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i bez planu po całym ciele — z tymi niezgleichszaltowanymi walka była najuciążliwsza. — Z takimi to insektologicznymi myślami zaszedł Cyprjan na koniec podwórza, gdzie za załomem płotu zbitego z nieregularnych sękatych łat znajdowały się latryny. — Właśnie oczyszczano olbrzymi dół, ponad którym ułożone były drągi — zawsze po dwa, — gdy szereg żołnierzy usadowił się w kucającej pozycji na tych drągach — przypominał gromadę jaskółek odpoczywających na drutach telegraficznych przed odlotem do Egiptu. W tej chwili było pusto; pułk musztrował na okolicznych wzgórzach. Nad brzegiem dołu stało dwóch landszturmistów; chłopy poważne po pięćdziesiątce. Jednego z nich Cyprjan nawet znał, był to Tomasz Fidelus z Jaworznia, a drugi jego kamrat był chłopem z wsi sąsiedniej, z Kalenic; podszedł ku nim i swojacko pozdrówkał.
— jak ta — ? —
— je, panie — mówi Fidelus — jak ta tak ta — zasranie z kretesem —
Wyrażenie, można powiedzieć, było bardzo ze względu na aktualność stosowne.
— powiec pon — wsparł się ten drugi odpoczliwie na łopacie — dokoła wiadra, beczki, kufy, zapaćkane wszystko, ohydne, smrodliwe — powiec pon kie sie to skońcy, niby ta wojna niby ta wojna kie się skońcy?
— diabli wiedzą, jak już nie będzie kogo zabijać —
— bo my se, powiada Fidelus — ze swokiem, bo un mi swok przychodzi, wie pon — tak medytowali, bo my, wie pon, od pocątku som do tej latryny