Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/331

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


leżało rozbiec się i paść płasko w pył lub błoto — była to miła rozrywka podczas jednostajności nudnego marszu; jedynie nieco zmniejszała szacunek dla sportu.
Kiedy się to wszystko skończy? — to było pytanie interesujące wszystkich mężczyzn zdatnych na śmierć za kilka różnych i odległych od siebie ojczyzn pomiędzy Kanałem Lamansz a cieśniną Beringa i od tejże cieśniny Beringa na wschód ku Kanałowi Lamansz. Z początku zapowiadał ten bubek z unter den Linden, że nim liście z drzew opadną — ale liście opadły, wyrosły nowe i też miały zamiar opaść — a tu nic —
Kiedyś podczas pełnienia godności tagskaprala — o tyle to było miłe, że nie trzeba było gnać na ćwiczenia męczące — Cyprjan obchodził podwórze — wszy gryzły go cholernie — postanowił znaleźć zaciszny kąt i przeprowadzić strategiczną grę z tymi zwierzątkami, które przeżywały w tych latach swój renesans pełny i niebywały wzrost; czasy swej prosperity; było ich kilka gatunków, najgorsze były te z czerwonym krzyżem, były duże i zjadliwe; choć i inne mniej sławne były wcale do rzeczy; wszystkie stowarzyszyła wspólna idea eksploatacji; jakiś nic pohamowany pęd kolonialny; poza tym nie łączyły się z sobą, kierowały się paktem wspólnej krucjaty na żywy organizm i te okupujące głowę, i te wświdrowujące się w pachy i te, wybredniejsze, które ocernowywały zalesione przestrzenie podbrzusza; wszy to rasiści. Zdarzały się i wśród nich — ludzie są ludźmi chciałoby się rzec — elementy aspołeczne— te odbijały się od gromad i wałęsały się nonszalancko