Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po jakimś czasie:
— ja mam, widzicie, stary dom, ariański ponoć kiedyś zbór — pokoje niskie, miło-mroczne — choć okna duże, te na wschód, a tamte znowuż na południe — w ogrodzie pełno starych drzew — o jakże kocham stare drzewa! —
— wiersze mówicie — ? —
— nie —
— zdawało mi się —
— rankami, gdy z za gór słońce wschodzi, wpada czerwony promień —
— nie odczuwam „czarów przyrody“ —
— nie szkodzi; ja głęboko odczuwam — a propos — u nas zawsze słońce krwawi, gdy wschodzi i zachodzi —
— symboliczne, co? —
— nie odczuwam „głębin symboli“
— nie szkodzi; ja głęboko odczuwam —
— więc — niechże dokończę dukt myśli! — gdy wpada ten promień czerwony i ogrzeje fragmenty sprzętów — ożywają wtedy zdumiewająco; pod oknami, mówiłem już, stare, wysokie drzewa — a wiecie, o stare drzewa tak trudno jak o starych przyjaciół — i żonę mam rozsądną i dobrą — tylko tą stroną „czystej“ kobiecości nieznośną, i słusznie, bo to jest nieznośne, gdy...
— co? —
— e, nic; — — syna mam i córkę, dwa młode szczenięta, wyżły — węszą swe drogi, którymi pójść mają — i jeszcze jedno ważne: pracuje się tam w tym naozonowanym powietrzu znakomicie — a wszystko wkoło przychylne — sprzęty, ściany, ogród, las,