Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


współżycia — strach trzepie organizmem: psychiczna (powiedzmy) febra: pod tym szpitalnym kocem!
Mila — ten czar, ta, ta — ech! — mówi się: uroda życia, i wierna rzeka się mówi, i rozmaicie się mówi — ale to były lata wysokie jak topole, rozłożyste jak jabłonie, i tak bujnie rodzące! —: aleja rosłych drzew rozłożonych czubami wygodnie: gniazda słońca, wylęg ciepły wszystkiego, najistotniejszego dobra.
I tu w załomie — może w gałęźnym rozwidleniu tych drzew? — a może w ich cieniu — ? — — Cyprjan bębni palcami po pokostowanej szaro ścianie — — czai się najokropniejsza sprawa: krzywda! — przecież w tym pojęciu jest wszystko: rewolucja, bunt, upadek człowieczy, pycha, klęska i pospolite, codzienne świństwo.
Palce wybijają melodię „pod mostem Paryża“, a potem „całuję twoją dłoń madam“ — — takie głupstwa —
(— nazwisko moje to nie było szczególnie przychylne omen; nie; — i gorzej: nie tylko dla mnie, zwłaszcza nie dla mnie —)
Zadrżał ponownie — skosem świadomości zauważył, że palce jakby bezwolne i zahipnotyzowane w jakimś anamnetycznym guślarskim transie wypisują: — czy to nie złudzenie? — upewnił się —: istotnie fosforyzują w półmroku szarego ranka na pokostowanej ścianie te nieprawdopodobne słowa: hic obiit Mila — hic nata est Maura — —
— tak dłużej być nie może!! —
Neringa poderwał krzyk z pościeli: