Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


godnym kolegą — obaj w okropnych hadrach żołnierzy austriackich — tak było — po prostu wierzyć się nie chce oczywistej prawdzie — urlop kilkodniowy, czy ćwiczenia górskie — tego już się nic pamięta, tylko obraz: pasmo Tatr z Gewontem na pierwszym planie, jodła strzelista — on i ten drugi — pod nimi szosa-ulica — godzina południowa — młodzież wraca ze szkół — — w pewnej chwili mijają ich dwie dziewczynki — jedna z nich smukła, szczupła, w zwichrzonej czuprynie — śliczne, jasne, niebieskie oczy — siedemnaście lat to może mieć, teraz przystaje przekrzywia główkę i patrzy, na te Tatry, patrzy na Gewont — uważnie, aż trochę usta zacięła — koleżanka, takie pucołowate podlotkowe zjawisko — pyta —:
— cóżeś tak stanęła Mila? —
— bo się tak ślicznie światło załamuje na szczytach —
— malarko! — patrzcie! —
— widzisz? widzisz?! —
— co —
— Gewont! — rozróżniam twarz rycerza? — czoło, duże krzaczaste brwi, wąs sumiasty — całkiem jak... Już minęły siedzących. Kolega powiada: klawe te ciporajdki — — — To było drugi raz.
A telegram? — Maura!
Dreszcze, najautentyczniejsze dreszcze zsypywały się jak piasek wzdłuż grzbietu — i doprawdy — no tak! — co tu ukrywać! — pod szpitalnym kocem — — tu i tak tego nikt nie widzi — ale na samo wyobrażenie tych, tym razem już zupełnie niepoślednich komplikacji i pogmatwań wszystkich elementów