Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


restauracyjny szedł jak po tatrzańskiej perci — ślebodny i wesoły — drożdż wiosenny! — nucił sobie na głos: — w murowanej piwnicy tańcowali zbójnicy, kozali se pięknie grać i na nozki spozierać! — Frakom tymczasem twarze wyrosły (—czasu było dość—) przyjemne i bardzo przyjazne; — w drzwiach usłyszał wprawdzie jak kelner do kelnera mówił: — weder krak noch bezofen, der Kerl ist einfach verrückt! — lecz pomyślał, że mylenie się jest cechą ludzkiego myślenia, pomyślał zarazem, że w spełnianiu funkcji fizjologicznych leży zadatek szczęścia; — no teraz przynajmniej wiadomo co to jest „szczęście“!
Śpiewając zbójnickiego minął ponury, średniowieczny cień gotyckiego tumu świętego Szczepana. — —

Wreszcie nadszedł dla niego czas wyjazdu; trzeba wracać.
Wisia jeszcze zostawała w Wiedniu.
Wisia!
— — — —
Za kilka dni, po wyjściu ze szpitala, znów będą razem — myśli Cyprjan — w tych pokojach, w tym demu, który z takim trudem, z wieloletnią harówką wyrwali zagładzie. Przecież to wszystko sypało się w gruzy! — ale uratowali!
Zaraz też pomyślał, ze Mila... czeka; że czekanie to jest groźne; że wiec trzeba, że musi... co trzeba? co musi? — i że tak żadną miarą nie można... Natychmiast wydłuża się wprost od łóżka jedna z tych brzydkich i posępnych — jak wszystkie tam — ulic zakopiańskich — — siedzi pod jodłą z jakimś przy-