Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciężkie brzemię artysty, gdy się tak precyzyjnie, tak straszliwie jasno widzi! — I rzecz jasna i konsekwentna, że wobec tego widzenia i przewidywania — na ileż lat, zanim się stała symbolem barbarzyństwa, dostrzegł swastykę na piersiach idących tłumów — ? — ma się tylko wyśmiew i po> gardę dla „ucieczki od świata“ poetów liryzujących rzewnie ponad cierpieniem ludzkim: — unosi się taki tłuściutki bubek-aniołek ponad profanum vulgus, z śliniaczkiem na genitaliach, ach taki czuły, wstydliwy, dyskretny! — pępek jedynie widoczny — no, bo to jego środek świata, pępkoman, omfaloskopista; indywidualista, jaźniowiec, „samotność, cóż po ludziach“ — bambino z mgły i piany, mamin synek bezpłciowych muz. — Genialny ten Grosz! — — — — — — — — — —
A z tego tam Wiednia to się nawet sporo konkretności odpomina:
(— papieros —)
ulica spadzista, brukowana; dzień wycieplony, choć to już przyzimowa pora; słońce świeci skośno — cienie długie, rozłożyste — wnet też tu w tej okolicy, zachodzi za wielopiętrową kamienicę — światło gwałtownie żółknie i odcina ostro i jaskrawo attyki domów: płoną jak roztopione złoto, są lotne i niematerialne — a poniżej pas cieniów gęstych, lilijowy, efekt aż teatralny. — Taką to ulicą na dalekim. we wzgórza wzrastającem przedmieściu idzii Cyprjan z olbrzymim bukietem w ręce — nic zawinęła mu tego kwieciarka w bibułę — przepraszała, powiada, że i kwiaty też takie poprawdzie wybierki,