Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Takie polecenie.
Cóż robić! — wsławił się tutaj Fałn jako „nadzwyczajny pacjent“, taki co to „idzie wyleczęniu na rękę“ — zniesie i to. Przed trzema miesiącami było gorzej; cóż tam teraz; głupstwo.
A swoją drogą — nerwy są rozklekotane jak klawisze w starych organach. — Denerwuje ten jutrzejszy rentgen; — takie głupstwo! — Niepotrzebnie też ktoś mówił, że gdzieś tam źle włączono prąd i pacjent fiut, jak na elektrycznym krześle. — Nonsens; fobia! — nigdy się nic podobnego nie zdarzyło; choć kto wie! — mało to lekarze ukrywają gaff i wpadunków? — Ale tu przecież wszyscy zainteresowani; taki pacjent! pisarz! — po prostu chluba szpitala; niema co: sława!
Lewatywa; antypatyczny zabieg — i to: pielęgniarka! — niby nic — cóż? — organizm, funkcje, zdrowie, choroba — niby nic, a jednak! — samemu się dobrze nie zrobi — zresztą to jakaś specjalna, taka przed rentgenem z czymś tam.
No — minęło już; — tylko jeszcze ten rentgen jutro.
Spał źle. — Sto diabłów z tą neurastenią! — Kilka godzin kiepskiego drzemania; potem już ani oka zmrużyć; papierosy tylko — przynajmniej to. No i sposobna chwila do przejrzenia albumów Grosza; cóż za wspaniałe, nieomylne w śmiałej syntetycznej linii, rysunki. To mistrzostwo przede wszystkim uderza; a tematy? — czujność instynktu społecznego fenomenalna — nędza i wyzysk, psy kopane i rekiny, finansjera i głód, militaryzm, zbrodnie, podłość, buta, gniew i krzyki buntu; jakież