Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/268

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wściekłych zwierząt — — tedy wartownicy poczęli po przez kratę naoślep kłuć bagnetami w gąszcz ludzką — — tuż przy zasieku zaskomlało: matko — matuś — matuś — — — — — — — — —
W czarną otchłań wyciągała się biała ręka — rozwierały się szeroko palce to znów zaciskały w pięść — i było, jakoby domacać się chciały żywego serca w tej nocy strasznej, która nakryła świat. Natrafiały na pustkę.

A to już obchód wieczorny.
Wchodzi zakonnica, siostra Matylda, siostra śmierci; wydaje się bezlitosna, wydaje się zła.
Pozakładała wszystkim termometry pod spocone pachy; cóż to? cóż to zaś nowego? trzydzieści siedem i dziewięć kresek, prawie trzydzieści osiem — ? — z czego — ? —
— przeziębiłem się pewnie — tłumaczy Cyprjan.
— wychodził pan wczoraj, prawda — ? —
— tak —
— no to tak, trzeba uważać — stąd raz dwa na drugi świat się jedzie —
— tak —
— ekstracugiem — wśmiewa Włodek — jak mówią w jasełkach — takie z dzieciństwa pamiętam — gdy diabeł po Heroda przychodzi, powiada: a teraz ekstracugiem wio do lucypera —
— tak —
Siostra Matylda dysponuje:
— a jutro rentgen, dziś lewatywa, nic nie jeść, zastrzyk pan dostanie, sama zrobię —