Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— tu przywiozłaś mnie wtedy przed trzema miesiącami? — przed tą bramę — ?
— tak, to ta brama —
— no więc i wyszedłem nią żyw i cały —
— bardzo to dla mnie radosny dzień —
— radujesz się? naprawdę? —
— wiesz przecież; — i rybę sobie będziesz mógł zjeść —
— to później, Wisiu, najpierw pójdziemy do hotelu —
— takiś niecierpliwy —
— a ty? —
— troszkę — (— ona zawsze tylko: troszkę; i to już jest łaska —)
Dzień pogodny, rześki, podchłódzony od spodu; wierzchem cieplejszy, wiosną zalatujący.
Idzie się wcale dobrze, wcale; stąpanie może jeszcze zbyt delikatne; brak pewności; ale to minie.
U wylotu ulicy przystanęli:
— listki już wszędzie nadobre puszczają — i tak niebiesko! — cienie jeszcze długie — — ładna wiosna, przedwiośnie właściwie; a dopiero u nas jak tam musi być na wsi! — śniegi, zapewne, ale już wszędzie pod drzewami zawilce białe i liliowe — tak, wiesz, kępkami rosną, gromadami, takie towarzyskie, — a gdzie jakieś zbocze, żeby tylko ku południu — to pierwiosnki, aż się żółci, delikatny mają zapach — — dla mne wiosna to ćwierk kowalika — znasz? — cik-cyk, cik-cyk, cik-cyk, — i pierwiosnki — a lato to zawsze okno i osa brzęcząca na nim, za