Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oknem pola żółte rożświerszczone i gościniec biały, wóz i konie leniwo i powoli trap-trap-trap-trap —
— matka twoja lubiła pierwiosnki —
— ja też lubię, bardzo lubię — Szczęśliwie właściwie bardzo i dobrze, że tak sobie idą razem przez planty i ulice — — a tu teatr poza gałęźmi zamglonych drzew.
— pamiętasz pierwszą moją sztukę? — zadyma była, co? —
(— jakżeby miała nie pamiętać, (przecież to wtedy...
...więc nie odpowiada)
Po chwili:
— dziś bym już inaczej pisał — wogóle zerwałem na dłuższy czas z teatrem —
— dlaczego — ? —
(— zawsze tak zapyta; powinna sama wiedzieć, powinna czuć przemianę, przecież to widoczne —)
Wyminął (przygaszony nagle):
— nie ciągnie mnie, obmierzł mi dotychczasowy teatr; to granda nic więcej, głupia granda; — myślę o wielkim teatrze dla mas — tak teraz myślę — o teatrolizacji wsi, przedmieść, osiedli fabrycznych — częściowo przez wskrzeszenie instynktu teatralnego, częściowo przez zastrzyk nowych wartości scenicznych —
Plótł już pomieszany w myślach; niechętnie dokończył:
— roki teatralne, rozumiesz, teatr obrzędowy poniekąd — obrzędy pracy —
Zniechęcił się do reszty.
Szli w milczeniu.