Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


leciała z chrapliwym skrzekiem — posypały się szczerby na podłogę — — na wysokiej gałęzi jesionu zieleni i żółci się jaszczurka, skrzydła błoniaste opuściła po bokach jak dwa szyldkretowe wachlarze — poraniła się o ostre szczerby szyby, bo widać, dokładnie widać, jak ciężkie gęste krople krwi zbierają się na grzbiecie, toczą się wzdłuż skrzydeł i kapią na ziemię — — gdzie mama — ? — krzyknęła Krysia — gdzie mama — ? — gdzie — — — — — — — — — — — — —
— no i idzie pan dzisiaj do miasta — ? — Prawda! — Ucieszył się; ta nagłość zewnętrzna, przestrach i radość zluzowały dotkliwą niewygodę myślową.
— ano idę — odpowiedział miłemu, takiemu zawsze, rano zwłaszcza, świeżemu, wygolonemu, czyściutkiemu doktorowi Eilperowi —
— niech pan sobie powoli kroczy, laseczką się pięknie podpierać, rozumie pan, żadnych nagłych wstrząsów —
— dobrze, doktorze, dobrze —
— był pan naszym najposłuszniejszym pacjentem —
— nie zawiodę — dośmiał.
Gdy więc przyszła Wisia — wybrali się tym długim kurytarzem i arcyzawiłym wychodem — najpierw schody wdół, potem na lewo długi pasaż wprost, znów kilka schodów i znów kurytarz, wreszcie krużganek, duża sklepiona sień — trochę wszystko razem jak w śnie architektonicznie zagmatwanym i docna zlabiryntnionym. Nareszcie brama!