Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— dzisiaj: na miłość boską, gdzie — ? —
— w jadalni przy kredensie, na prawo, blisko tego samowara tulskiego —
— w jadalni? przy kredensie? — Coś tu matce nie klapowało, ani tam szezlonga, ani kanapy —
— tak mamo —
— musisz mi, powtarzam, dziecino, wszystko dokładnie opowiedzieć, matką przecież twoją jestem, tu niema żartów —
— muszę, ja wiem —
— więc —
— on.. jak mamuś wyszła (palce w koronki poszewki jaśka tka i drze je mimowiednie)... chwycił mnie... chwycił mnie... o, tak,... och mamo —
— mów, mów dalej —
— chwycił mnie tak — przycisnął i pocałował w usta —
— i co? — a nie ściskaj mnie tak mocno, bo mnie udusisz —
— i pocałował w usta —
— to już wiem — co dalej, pytam — Klementynka wtuliła się w poduszkę i naciągnęła na głowę kołdrę i tam w tym nagłym cieple wyszeptała:
— i tak mi się, mamusiu, zrobiło... gorąco... i tak jeszcze... że napewno z tego będzie dziecko — —
Matka zrozumiała i przeraziła się powtórnie, jak gdyby naprawdę to się stało; przeraziła się, choć przecież nie umiała uświadamiać, i nie wypadało; w owej epoce należało to do męża; mąż jest od tego, aby młodą żonę w noc poślubną uświadamiał. — Opanowała się jednak i uspokoiła Klementynę — :