Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sieńko w aksamitne sukienki i takież toczki, kołnierzyki wykładane, białe — i szłaby z nimi na spacer, wszyscy by się oglądali; — potem było o tym, że zakochała się w swoim metrze muzyki, ślicznym mężczyźnie; cera biała, matowa; wąsiki małe, czarne, zgrabne. Zaczął do nich chodzić, bywać w domu; konkurent; — raz gdy mama wyszła, ucałował ją w stołowym pokoju obok kredensu (przygotowywała podwieczorek, właśnie wyjęła filiżanki te „od gości“ z złotym obrąbkiem i różowym obrąbkiem); ucałował ją w usta, mocno i długo; tchu jej zabrakło; myślała, że zemdleje, takie ognie na nią uderzyły; była wprost nieprzytomna. Wieczorem, gdy już miała iść spać, po modlitwie, uprosiła matkę, aby jej pozwoliła przyjść do siebie, do łóżka; — tam to leżąc w olbrzymim, małżeńskim łożu (ojca wtedy nie było w domu) rozpłakała się i wśród spazmatycznych łkań i chełkań wyznała matce, że będzie miała dziecko; matulę aż poderwało, że zaś kobieta to słabowita była, rychło padła na wznak, założyła ręce na piersi i stało się jakoby umarła; po chwili zaszeptała z daleka:
— Klementyno! Klementyno — jakże to się stało — ? —
— stało się mamo, mamo, nie umieraj bo i ja umrę —
— musisz mi, dziecko, opowiedzieć wszystko —
— tak, mamo, muszę wszystko opowiedzieć — odrzekła Klementynka z wielką powagą, z tym dorosłym przeświadczeniem, że kobieta rozmawia z kobietą o sprawach kobiecych —
— więc, kiedy to się stało — ? —
— to się stało dzisiaj —