Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwinnie przesmyknęło się wzdłuż cienia — pazurki ostre zachrobotały na popękanej korze kasztana — — chyba łasica — — Cyprjan był sam.
A gdy po zdziwionej chwili — ale to już nazajutrz — była, zwyczajnie, kobietą, panią Kle — zaczęły się spowiedzi obopólne; to się zawsze robi; ludzie są siebie ciekawi i sposobność podniesienia się we własnych oczach nadzwyczaj podatna; wszyscy w tych okolicznościach łżą, koloryzują i poetyzują na potęgę. — Jego spowiedź była krótka lecz efektowna; dbał o to; ale jej! — Konfesjonałem nie był już, oczywiście, kasztan; pokój był konfesjonałem; — taki bowiem zwyczaj znagła nastał, że przychodziła wieczorami na kilka godzin do Cyprjana „na poezję“; istotnie na poezję też; to dopingowało; pisał dużo; — bardzo w tym okresie kunsztownie: sonety, triolety, oktawy, sekstyny, sequidillas, ballady prowensalskie et tutti quanti; taka pora na niego przypadła — a od tej pani Kle to wszystko szło; asumpt cały. Ćwiczył się serio i poważnie w wybrednym kunszcie poetyckim; równolegle w zawilszym — kunszcie miłosnym.
Ale jeszcze o tej spowiedzi; więc, że strasznie, okropnie kochała od dziecka poezję, zazdrościła siostrze, a potem, gdy ta umarła, chciała ją zastąpić, krzyżem leżała i boga o talent prosiła; nawet napisała jeden wiersz taki. taki wiersz, ale to nic dobrego nie było; równocześnie marzyła, żeby być matką — a dziewczynką wtedy była ośmio-dziewięcioletnią — matką sześciorga córek, tylko wtedy, że córki, jedna o głowę większa od drugiej — taka drabinka, schódki, wiesz, murzyniątko, — ubierała by je jednaku-