Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miętnie i długo; poczuł na wargach łaskotanie jej wąsików — i zaraz zdał sobie sprawę, że podstępnie o tych wąsach wiedział od początku — całował tym ochotniej, z zastanej ciekawości i podrażnienia zepchniętego z świadomej pozycji.
Starsza była od niego — o... lecz nikt się przecież w jego wieku o to nie pyta prócz zboczeńców, którzy lecą na nieletnie, poniżej dwudziestki, panny; niema powodu pytać; rozumiecie czar tego powiedzenia? — „niema powodu“!!
Zaraz, natychmiast po tym długim pocałunku — odepchnęła go raptownie i gwałtownie, a nawet — co już jest mało do prawdy podobne, niemiej jest prawdziwe — powiedziała:
— zbeszcześcileś mnie murzynku — Mówiła mu, od jakiegoś czasu „murzynku“, że taki tym gorejącym czasem opalony na czarny dąb, że ma długie, czarne włosy, że ślepia też takie czarne i duże, że wogóle, i, że poeta (— ten powód jest mniej zrozumiały —) i, jeszcze, że synek jej wymarzony, bo to tylko córki, a zawsze chciała syneczka, i, że, gdyby go miała toby właśnie takusienki musiał być; mateczka.
— murzyniątko — coby powiedziały moje córki, których jestem matką, gdyby wiedziały —
— nie wiem —
— ja też nie! — potwierdziła z mocą i padła na jego piersi, jak... tylko bez tego „podciętego kwiatu“! bardzo proszę!
W jakimś niedostrzeżonym, zawrotnym momencie zapiszczało coś żałośnie u jego stóp — w wysokiej trawie — trudno w ćmie było rozpoznać — —