Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— nie, dziecinko, nie, to ci już on wytłumaczy, gdy się pobierzecie —
Od tego czasu zaczęło się to „zatracanie się“ (tak to nazywała), to znaczy, nachodziły ją chwile, w których traciła świadomość, pamięć, wogóle czucie wszelkie; i tylko tak, że mgliste wrażenie zostawało potem, że się jakby przemieniała, przeistaczała, czy co; nawet słowami tego wypowiedzieć się nie da.
— a teraz, dziecinko, idź spać —
Klementyna była zdumiona, bo jeśli nie z tego dziecko będzie miała to z czego? — usłyszała kiedyś przez dziesiąte drzwi o jakiejś wilgoci; no to i właśnie! — — Z tym zdziwieniem wyszła za mąż —
(— może stąd ta nieustająca pomoc zdziwienia w źrenicach; koty miewają takie oczy, czarne zwłaszcza —) —
— wyszła za tego swojego metra; zakochana była strasznie; ale on w obyczajach domowych był taki jakiś dziwny; w obejściu całym nieznośnym. Alkoholikiem był; to stąd; lecz się o tym wtedy nie wiedziało; wiecznie z czegoś niezadowolony, zły, grymaśny, kapryśny, kostyczny.
A co do tego — to on bardzo mało; bardzo; rzadko — dosłownie parę razy na rok; i zaraz z tego dziecko; — i nigdy u niej pełnej rozkoszy; biedna Klementynka? — prawda? — Bo z nią to tak — a dlaczego wolał służącą, co ani nie parlowała po francusku, ani na fortepianie nie grała przecież — ? — Wnet się wykryły te zdrady. — Wszystko to potęgowało zdziwienie — gdyby to miało sukcesywnie wpływać na powiększenie oczu — nicby z twojej