Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tak też nadeszła ta ważna chwila.
Cyprjan już oczywiście od paru tygodni wyłaził z łóżka — po seperatce tam i z powrotem — na stołku siąść — uczyć się siadać — nawet i do kuchni i na kurytarz: wyprawy; — ale dziś to tak jak generalna próba w kostiumach — ucharakteryzowany kompletnie na zdrowego, serio — i po całym kurytarzu jak n. p. lekarze, albo ci co z miasta w odwiedziny do chorych; zwyczajnie.
Szło to nieco opornie; ale szło. Schylanie — a trzeba samemu spodnie i trzewiki — dokuczało nieco; było nawet trudne; — zdumiewająca ilość guzików przy męskich ubraniach — dwadzieścia albo i więcej — cóż za mitręga! — A osłabienie wciąż jeszcze — zwłaszcza w pierwszych chwilach — w nogach.
No, już odziany jak się patrzy, krawatka, wszystko: na występ.
Wyszedł — żegnany podniesieniem rąk towarzyszy — na kuraż!
Zaraz też — wpadł w wir — jakby to rzec? — no w wir — zobaczymy jaki; w przygodę; przygody czyhają na nas wszędzie i zawsze — trzeba tylko mieć podatność na nie: specjalną smykałkę wtedy to już za każdymi drzwiami; tylko, żeby przygoda to nie zaraz katastrofa okrętowa, wybuch wulkanu, tygrys bengalski w dżungli; to nie; są inne —
Chodził właśnie po szerokim kurytarzu pośród olbrzymich palm — po raz iksty przeczytał na blaszkach wyryte nazwisko tego, który te palmy szpitalowi darował — więc, żeby wiadomo, to te mosiężne bilety przypięte do szafli; — z lubością wspierał się