Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wać się, zdecydować wspólnie — a potem jedno...
— przekleństwo —
— wie pan — to że jedno! — i ten co zostaje...
Znów nadsłuchują; i znów on:
— ech, żeby już tylko pozdrowieć i wyjść stąd — wyjdziemy se razem — ona słabiutka bardzo, pewnie bardzo będzie, blada też — to ją podeprę — zawszem silniejszy, chłop, nie? — pójdziemy i znów żyć, żyć, żyć —
— a przedtem to pan z tego życia uciekał —
— głupi byłem, dureń! — teraz dopiero wiem co to życie —
Szepty w seperatce:
— wiedza zawsze przychodzi za późno —
— i doświadczenie na nic, do pewnego wypadku się stosuje a do drugiego już na nic —
Potem wszystko ucichło. Tu i tam za drzwiami; głupio było; unikano spojrzeń.
Panna Zosia, pielęgniarka, przyniosła śniadanie.
— słyszeli panowie — ? —
— pewnie — głuchyby nie słyszał —
— a ona, niebożątko, już w kostnicy —
— a jakiż on jest — ? —
— cóż tam; taki; nigdybym się dla niego nie truła — ; — co tam z resztą o tym gadać; — na nic to —
stała już w drzwiach, przypomniała Cyprjanowi:
— dziś się ubrać i spacerować; wstawać, wstawać —