Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na ulubianej lasce z gałką kościaną — — przed chwilą rozmawiał z grupką ortodoksyjnych Żydów, którzy przyszli odwiedzić rabina leżącego od zawczoraj w szpitalu — kamień w nerce, bóle okrutne, sinieje gdy nań nachodzą, krwawienia — — narzekali, że wspólna sala, że mędrzec, rabi, i że to tak niedobrze, że rytualnie to i owo nieznośne —
— będzie wnet miejsce w seperatce —
— kiedy — ? —
— ja wychodzę za kilka dni, ten drugi też, pierwej jeszcze —
— a od kogo to zależy — ? —
— jakto, tylko od profesora —
— czy to przystępny człowiek — ? —
— czy to dużo kosztuje — ? —
— taki mądry rabin! — muszą się znaleść pieniądze — jeszcze by też —
— a w poniedziałek by już można — ? —
— pewniej we wtorek lub we środę —
— trzeba mu to zaraz powiedzieć — zaraz mu to idziemy powiedzieć — to taki delikatny człowiek, żeby go pan znał, mądrość sama, zaraz mu to powiemy —
Z końca kurytarza usłyszał: psssst —
To doktór Oborski psykał i dawał ręką znaki, żeby przyszedł, wskazywał, żeby do laboratorium.
— dzień dobry doktorowi — a co — ? —
— chodź pan, mam świeżą spermę pod mikroskopem —
— skąd — ? —
— a pacjenci — ? —
— no tak, ale —