Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— sie człowiek wykaraskał — cud boski —
— no, no, jużeśmy myśleli, że będzie koniec —
— teraz to już starzy pozwolą na ślub; muszą; jak się tak młodzi kochają na śmierć, na prawdziwą śmierć — nie? —
Milczenie; nikt nie odpowiada.
— sie człowiek wykaraskał — cud boski —
To było pierwsze zdanie, które o rannej porze, przebiło omraczoną snem świadomość; głos bezprzecznie męski, młody lecz przychrypły, jakby z sznurowanego gardła wydobyty — —
To rozmawiają w tej szpitalnej kuchni; — machinalnie powtarza myśl to zasłyszane po dwakroć zdanie, o nieco cudacznej składni — :
— sie człowiek wykaraskał —
A ten tam przychrypły dopomina się natrętnie:
— nie? —
Nic. Tylko to obmierzłe szorowanie garnków słychać; bardziej intensywne; prędkie; jakby niczego na świecie nie było tylko garnki, blaszane garnki, i żadnej pracy innej jak szorowanie ich drapaczkami, zmywanie, wycieranie — jakby nic innego.
— czy jej ino to zimno nie zaszkodziło; z wieczora nic, nawet zacisznie na tym grobie — mur smętarny spory to i wiatru nie wiele, ino górą fuja; chmury to pędziły, ale tu niby dołem, nic, ciszyna; — takie tam pożółkłe trawki rosły to sie, wiecie, ledwie, ledwie ruszały; — ale potem ziąb się zaczął, no serwus, to my sie skulili ze sobą — potem już nic nie wiem — ażem sie tu opamiętał —
Cisza. Pobrzękują ustawiane naczynia.
Nawet to szorowanie ustaje; wyczerpał się zapas.