Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nakryte, zagłówek z różowymi elipsami wsypu ułożony w głowach jak należy. Nie ma jej — zdarzało się, acz rzadko, że Marysia wychodziła wieczorami do stróżki, tam taka córka, szwaczka, równolatka — na pogawędkę; lecz tak późno? — i dziś właśnie? — — —

Trzeba zaczekać.
Przechodząc obok szklanych drzwi jadalni — słyszy znów ten skrzyp; irytujący; — cóż ta cholera zasnąć nie może! — — a potem jakby szept — — przystanął — — zatrzymał oddech — — złudzenie oczywiście; — położę się — już mi się kotwi we łbie i halucynacyjnie plącze; położę się — zaczekam — położę się —
Cały pokój tętni tym sercem na łóżku; — słychać — wyraźnie — sufit — ściany — podłoga — piec — stół —
Nagle — gwałt! — serce przestaje bić — mrok tężeje — cały pokój przyczajony, przywarty do ściany nocy, przycupły jak zająć pod pniem — tylko uszy po sobie położone warują — notują — słu-cha-ją —
Noc jest tylko słuchem — tym jednym zmysłem żywa —
Szelest opadającego pyłu jest jak lot muchy rozbijającej się o klosz lampy — skrzyp jest łoskotem — szept krzykiem i przekleństwem — — znaglony hałas jest tak natężony, że nie rozumie się nic, nic, nic — — lecz — no tak! wie się — —
Uszu Cyprjana dociera z trudem dalekie pukanie do szklanych drzwi jadalni; zrazu nie uświadamia sobie, że to on sam puka; — i — cóż to w ręce