Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rej my się tak zawsze lękamy, źle wróży — a już nieprzytomny — minuta — koniec — —
— skrzep się, wie pan, zerwał —
— stało się czegośmy się najwięcej bali —
— beczeliśmy wszyscy —
— poco my to mówimy pacjentowi —
— doktorzy kochani, dobrze, że mówicie, dobrze — (— może spowszednieje, — lecz — czy to możliwe —)
— ot zgadało się, wspólny znajomy —
Papierosy — ksanti — bonton —
(— więc na tym łóżku? — na tym samym? — mówią bo znałem — — a ilu nieznanych już na nim pomarło? — i czy to wogóle mi jakieś znaczenie? —)
(— i że na kilka dni przed opuszczeniem szpitala — — taka sytuacja jak właśnie ze mną teraz —)
Myślom dogaduje głos z poza dymu tytoniowego, jak z poza wiklin (— mała izba — raz-dwa się mgłą zaciągnie —):
— cóż tam, tu na każdym łóżku zmarło minimum po kilkudziesięciu ludzi; — bo i cóż tu tych łóżek jest? — a napływ chorych taki zawsze, że po dwu na jednym często leżeć musi — zwłaszcza na oddziale chirurgicznym i położniczym — wie pan, nogi-głowa, głowa-nogi — czasem tak tygodniami — najciężej chorzy, krwawiący, w gorączce czterdziestostopniowej —
— straszne —
— cóż robić, cóż robić — na szpitalnictwo nie ma u nas forsy —
Posiedzieli jeszcze chwilę.