Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


scu — a szpital jest przecież w tym mijaniu — bo to o to słowo idzie!! — uprzywilejowany —)
— lubiliśmy go, co tam, zakochani byliśmy w nim —
— to była bardzo ciężka sprawa sercowa, i skrzepy niebezpieczne — ale już się zdawało: lepiej, nawet profesor mówił: zdaje mi się, że lepiej —
— wciąż o tym marzył, Leopold mu było, żeby stąd wyjść jaknajprędzej, że pod Łodzią...
— zawsze o tym mieście z entuzjazmem mówił —

... mieszka matka, że czeka — i tam ma w malutkim, nikłym domku obrosłym bluszczem taki jasny pokój, słoneczny, z weneckim oknem. — to sobie przy tym oknie będzie siedział — wiedział, że wrócić do teatru już nie może —
— bardzo był talentny chłop i pracowity —
— siedzieć będzie, powiada, czytać i patrzeć — czegóż więcej potrzeba? — patrzeć to największe szczęście, siedząc patrzeć, żeby nie tak ciągle: leż i tylko leż, na wznak do tego, — przed oknem, powiada, rośnie tam jabłoń — to ona za kalendarz starczy — kwiaty — zieleń — owoce — gałęzie, ta cudowna koralina gałęzi! — wiosną znów będą kwiaty — to właśnie jedyna pewność: pory roku — prawa tych pór —
— miał wyjść za kilka dni — jestem akurat w pracowni, aż tu zadyszana przylatuje pielęgniarka, że w seperatce źle! — co? kto? — łóżko numer drugi — biegnę, a Komornicki czerwony — twarz purpurowa, oczy wysadzone — trwoga w nich ta, któ-