Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ministracji — na tym się wszystko zawali; — a niech się wali! — byle prędziej!

Tak się dzień rozpoczął do niczego! pajęczo. I cały zeszedłby był tak niemrawo; gdyby nie to ważne zdarzenie, że doktór Eilper gwałtu rety kazał wstawać — narazie choćby na godzinę, dwie — że to już dawno trzeba było, że wszystkich zaślepiło czy co; — rozchodzić się, bo tam i zrosty są wnęka czy jakaś — a za tydzień pan ma wyjść! — wiadomo, pacjent poza szpitalem raz-dwa głupstwo strzeli; — w piątek, no powiedzmy w sobotę — trzeba się trochę powałęsać po mieście, pięknie-ładnie i przykładnie z małżonką — rybkę można zjeść w restauracji, najlepiej karp żeby był z wody, z masłem — tylko aby świeże! to konieczne —
Więc już wiadomo: piątek; — nie o rybie myślał, to pewne.
Popołudniu przyszła Wisia — to też po chwili oboje wiedzieli dokładnie jaki program tych dni. Krótki był ten dzisiejszy spacer — taki jak to już nieraz — no nie; bo to przez tę kuchnię nieraz już Cyprjan wychodził — a dziś cały kurytarz, kilkakrotnie tam i z powrotem; lecz brak przyzwyczajenia; niewątpliwie.
— jutro to już lepiej pójdzie —
— też tak sądzę —
Wisia poszła wcześniej.
A przed łóżkiem sposobną akurat porą wymgliła się Marysia Jamrozianka —
Marysia — —