Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


klosz; — ciemno i duszno; z przyczajenia wynagla się lęk — strach — trwoga — — Cyprjan pięściami wali w blaszane ściany — coraz silniej, coraz prędzej, zewsząd sypią się na niego ogłuszające dźwięki — przytłaczają — budzą — — —
Oczywiście — szósta godzina! — w przyległej kuchni zmywają szklanki, menażki, rondle, garnki i wszelaki sprzęt kuchenny — hałas, brzęk, szurgot — — też szpital!
Ani już mowy o spaniu; taki Włodek, mlody skieł — takiemu to nic; — ale nawet Neringa to niepokoi i tyrmani; przewraca się i wciąż tym zadkiem łyska — taka już jego natura nad ranem.
Najdokuczniejsza depresja w całym organizmie — to w tych chwilach po przebudzeniu; pobudliwość; pesymizm; szum w głowie, zmęczenie, wzmożony niepokój.
I wogóle całe urządzenie tego szpitala! smętny kintop! — choćby i to: wychodek jest na końcu rozległego kurytarza, a potem jeszcze na prawo na wprost i znów na prawo; kurytarz, owszem, nawet ciepły, ale tam dalej już zimno, przeciągi, lodowato podwiewa; no a ilu tam z gorączką wysoką, spoconych lub rozfebrzonych iść musi? — ładny gips! — widział nieraz chorych ciężko dyszących, słaniających się, o ścianę wspierających — podróż! wyprawa! — Swoją drogą trzeba też będzie zbadać to lokum pielęgniarek. Smętnie się tu o tym mówi; i nietylko Nering; wszyscy. Dyrektor — no jakżeby — apartamenty! wygoda, ciepło! — Lekarze już nie; — profesor jeszcze jaki-taki gabinecik; reszta po pracowniach i salach chorych; — wszędzie ten przerost ad-