Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


poszły sprawy. Gdyby nie to... I loża, sztuka jakaś z Leszczyńskim w roli głównej... mrok tylko z tego pozostał w którym jej twarz blada, wątła, z charakterystycznie wysuniętą dolną szczęką — i to oblicze błyszczy w tym mroku; prawie jak drogowskaz. Wszystko to, doprawdy, chłodne i błękitne — nigdy, na najgorszym nawet czasie nie zachmurzone: pozostało taksamo czyste po dziś dzień; — może i poemat jakiś? — nie pamięta się dokładnie — lecz jeśli, to tam musi w nim być kolor niebieski; — jest też jeszcze kilka, pomocnym dobrem promieniejących, przedmiotów: szkatułka batikowana; jeszcze pachnie konwaliami; konwalie w niej były; w listach pączek róży z owego czerwonego bukietu, gdy się w Szczawnicy miało „wieczór autorski“ — — i znów tak bardzo modre popołudnie w Krościenku — modre i pagórkowate — i Dunajec burzliwy w dole — i te głazy w nim wielkie — — a potem jeszcze „Popioły“ — wydanie monumentalne, całe w skórę oprawione, przysłane w dwudziestolecie „pracy literackiej“ — pamiętała! — jaka to pamiętliwa, widzicie! i jaka dobra! — — wszystko razem ujmując: nie dzielne zjawisko dziewczyńskie, niebieskie całe, koniecznie! więc i sukienka może być w białe grochy ale tło musi być modre; i zapach też taki: wiewu bzowego, albo takiego co to wczesnym rankiem zboża zielone gładzi; — w bilansie: dobroć i uśmiech; w tekście zdarzeń: myślnik i szczęśnik — — Miło i dogodnie przed zaśnięciem pomyśleć, że tak też było — i, że w tym pszennie-swoista wierność obopólna — bławatowa, opływająca w krąg obecność czegoś, czego nie trzeba sobie wcale uświa-