Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szący miłość i jej realizację... rzeczywiście: rozpadły się aleksandryzmy, dżingishanizmy, napoleonizray wszelkie... Ptolomeusze... Rzym... wszystko... i to są groźne prognostyki dla naszej współczesności tak bardzo obciążonej obłędem tępej, zachłannej, awanturniczości... nie tracą zaś nic na mocy i wartości przypowieści Buddy, Laotsego i Chrystusa... ha, przeciwnie!... ich przykazania społeczne, umęczone i miażdżone przez uzurpatorów, podszywających się pod ich wzniosłe hasła dla celów trzecio i czwartorzędnych — odradzają się w swej wspaniałej naiwności — coraz świeższe, jaśniejsze, większe i coraz bardziej autentyczne...)
Zmróżył oczy; próbował zasnąć; sen piaszczył się pod powiekami — ku reszcie ciała nie kwapił się zbytnio.
Z drzemania spoza wzgórz wyłonił się jasny, ciepły, letni dzień tatrzański — Hala Gąsienicowa — rozmowa z Zosią, z tą dobrą, pogodną, mądrą dziewczyną — — hala była słoneczna, rozbrzęczana dzwonkami — — potem się jej, tej Zosi, w powrotnej drodze trzewiki podarły — wieczorem odpadły obcasy — gdzież to kto widział takie wysokie, francuskie brać na wycieczkę — a nocą (tak się ta wy cieczka poza dzień wydłużyła) podeszwy poszły! — no i boso trzeba było wracać — a to przecież góry więc skały, kamienie, żwir — nóżki kochane! — dwa dni bolały, a może i trzy? — Potem wieloletnia, przerywana korespondencja — sześć lat do wojny, wojna też sześć lat — i tak rozmaicie — Będzin — Warszawa — i po wielu latach jeden jedyny pocałunek! — I nic więcej. Nie było znaczone. Nawspak