Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— owszem, mówią — niech pan posłucha emi« grantów niemieckich —
— a u nas? —
— nasi intelektualiści, z nikłymi wyjątkami, nie solidaryzują się z epoką idącą — za wytworni na to!—zasugerowani splendorem słowa i sławy żyją dniem wczorajszym; śmieszne to ale tak jest: szlacheckość straszy na każdym rogu syfilistyczna, gnijąca; zaduch też trupi idzie przez piśmiennictwo; zawiewa trupiarnią; — zresztą tacy oni już są: zaraz chcieliby być sierżantami „dusz“ — przewodzić, imponować, dyktaturzyć — to jedno znają — oburzyli by się, gdyby im powiedziano, że praca rąk ma równe prawa jak praca mózgu —
Nering rozciągnął wargi szerzej:
— Lassal miał rację mówiąc, że najbardziej rewolucyjnym czynem jest: powiedzieć to co jest —
— o eksplodującym naboju słowa mógłbym panu wiele powiedzieć —
— a młodzi —? —
— jacy młodzi —? —
— pisarze —
— naturalnie, młodzi! — w nich tylko wierzę, kocham ich, ubóstwiam! — całe moje zmarnowanie wielu parszywych lat — rehabilituję sobie w nich; na starych machnąłem ręką; imponowali mi kiedyś, terminowałem twardo, dzisiaj już umiem to co oni, lecz oni już nie umieją tego co ja; nic mnie z nimi nie łączy, tak jak ich nic nie łączy z przyszłością — — bo i cóż oni dają? — śmiecie, iluzje, brząkadła —;— „Przedwiośnie“ ostatni autentyczny utwór, wart wzmianki; — młoda twórczość mnie upaja, uwiel-