Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


biam jej agresywność, czczę jej pogardę, zachłystuję się jej zdrową nienawiścią — — i tę drogę przed nimi widzę jasną, gościniec szeroki — — wstąpili nań — idą rozhukani i nachwiani, eterem rewolucyjnym pijani — wolno im, przecież są pijani mocnym trunkiem! — szaleńcy mówiący z wiarą: dzień! słońce! jutrznia! wschód! — a mówią to w ciężkiej, ołowianej nocy, którą tylko ich myśli rozświetlają — z tymi szaleńcami zespolą się masy chłopskie i robotnicze i wszyscy ci, których nie spaczyły ni zależności ni hasła aż bezwstydnie małe ni agitacja reakcji wyznaniowej — cała dobra Polska pójdzie — z mroku w jasność, z głodu do chleba, z nędzy do dobrobytu, z analfabetyzmu do wiedzy — Polska pracy i jej praw; — w tym to ja chcę być! i tylko w tym! — w tej wyprawie po szalone jutro —
— a tymczasem wszystko trzeba przeładować ze śmieciarki na czystą platformę —
Cyprjan milczy.
Tadeusz po chwili:
— żeby pan tak kiedyś do nas przyszedł —
— przyjdę i — przychodzę zawsze — — tylko nie każcie mi przemawiać — nie umiem — nie każcie mi mitingów urządzać — zrobię to źle — idę i jes» tem w słowie; to moja dalekonośna broń — przecież szerzycie kult speców — jestem takim specem — zwalczam słowami, buduję słowami — — słowo dobre to nabój namiętności, nabój eksplodujący z niezawodną precyzją —
— dlaczego pan dawniej już tak nie mówił —?—
— przeczuwanie leży we wszystkim co pisałem, teraz wiem więc mówię — zresztą to nie jest ani tak