Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jeszcze najsmaczniejsze;... zamówienia jakieś nadeszły — nie cierpię tego! — niech sobie leżą — wiadomo: cechą talentu jest niemożność pisania na zamówienie;... ale ta powieść!! — już połowa była odwalona w grudniu — przed tą chorobą; — trzeba od początku zacząć przepisywać, żeby w to wejść — można bo pisać dziesięć miesięcy bez przerwy po piętnaście godzin na dobę — i ciągle się w tym jest, jest się w pełni — — ale przerwa! — nawet kilkodniowa — rozsypało się wszystko jak korale ze sznurka — zbieraj teraz, szukaj, dopasowuj...
Zaklął! —: już mnie wszystko interesować poczyna! — wszystko napada i dręczy — znów ta szelestliwa, przeciągła zamieć jak przedtem, jak przez lata! — a taki był spokój, spokój, święty spokój — treuga dei.
Z ulgą ułożył się na wznak. Siedzenie jednak jeszcze męczy; — wszystko tam w środku pogojone, ale jakieś świeże, niedotykane, delikatne; wyobraźnia pewnie; choć przecież i zrosty; — popołudniu trzeba się przespacerować po kurytarzu. Gdy ona przyjdzie. Wisia.
Swoją drogą jak to tu wszystko sprzyja rozważaniu, introspekcji, kojarzeniu zmyślonemu, i, oczywiście snobizmowi też, nie tyle może snobizmowi — zawsze się znajdzie obrona przed tym zarzutem (byle się nie przyznać!) — ile raczej egocentryzmowi — i to jest słuszne, ziemskie, zdrowe. Trzeba tak.

Około pierwszej, już po obejściu wszystkich sal, zeszli się lekarze na pogawędkę — takie sobie klubowe miejsce z tej seperatki wykroili.