Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szybko przemierza kontrolnym spojrzeniem izbę czy wszystko w porządku.
Natychmiast też wkroczył profesor w gwarnej asyście lekarzy; zaroiło się w wydłużonej ciasnocie i uczyniło nagle biało i gołębio.
Przysiadł przy łóżku Cyprjana. Niski, barczysty pan, duża wyrazista twarz, wygolona, nalot przyciętych wąsów, włosy ciemne, odczesane z prawego boku szerokim, gładkim nawisem wskos na wysokie mądre czoło, oczy bystre, nos wydatny: szkarpa zdatnie podtrzymująca sklepienie czaszki (nos, widać rodzinny, bo to i brat profesora, znany literat, też taki ten nos, tyle, że obszerniejszy); cała głowa przechylona nieco ku stronie lewej, jakby mózg z tej strony cięższy; — wrażenie ogólne: szybka orientacja, jasna decyzja.
— no więc? — zdrowi jesteśmy? —
— chyba tak —
— proszę-no pokazać brzuch — nie, nie trzeba podnosić koszuli, mam zimne ręce —
Wprawnie i delikatnie naciskał brzuch, nieomylnie wyszukiwał palcami potrzebne miejsca —
— tu? nic? — dobrze; no a tu? — też nic? — a teraz? — także nie? — no tak; — panowie (do asysty otaczającej go gęstym wieńcem) mięśnie zwolniały zupełnie, bez oporu — proszę, jak miękko i podatnie, już zupełnie normalnie; wrzód wyleczony; — ale — to się lubi powtarzać — długa dieta, uważać! — tak; co to dzisiaj mamy? środa? — za tydzień może pan opuścić szpital —
(— więc jeszcze osiem dni —)
— aha, jeszcze jedno! — a tu? —