Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzadsze, aż i ustały; już tylko echa bólów mżyły i niecierpliwiły. — Któregoś dnia orzekł sam profesor, że nóż chirurga wsiąka w mgłę, że to już prawie pewne, pacjent idzie na leczenie, to widoczne — ale chirurg wciąż nalegał — wpadał w tem swojem futrze zarzuconem na ramię — ale! co to to to! — do luftu z waszą interną, mówił, wyciąć i spokój! — a znów uparta i ambitna interna swoje, że po operacji gwarancji żadnej, że to i część żołądka, i to sporą, trzeba chlastać, to nie są żarty, a co tam potem to już chirurga nie obchodzi, powiadali, a to „potem“ to właśnie nasza sprawa — i leczyli dalej. Organizm był podatny na leczenie; chciał się leczyć i leczył się.
Po tygodniach zdrowienia przyzwyczaił się Cyprjan i do tego łóżka i do tej seperatki, która właściwie była spiżarką za kuchnią (przez tę kuchnię trzeba przechodzić jeśli się chce wyjść lub wejść do seperatki) — długa, wąska kicha, zakratowane okno, trzy łóżka; już wiemy kto na nich leży: Cyprjan Fałn, Tadeusz Nering (inżynier, wynalazca), Włodek Kusz (słuchacz W. S. H.); jeszcze stół duży — podręczny skład waty, leków i dezinfekcyjnych różności; fotel skórzany; krzesła.
I myśli się tu, w szpitalu, dobrze. Czytać też można do woli. Niema tego rozprężenia godzin życiowych. Cały tu odrębny umiar czasu, zajęć i pojęć. Ciało dochodzi swych właściwych praw. Zdrowienie albo umieranie wedle wyznaczonych konieczności — i w tym zakresie wszystko jest najważniejsze i najistotniejsze; funkcje, potrzeby, wsparcia. Nikogo tu nieinteresuje „dusza“ — to nie istnieje! — no, dla panny Zosi pielęgniarki, dla zakonnic, oczywiście —