Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— za oknem ta wisienka już puszcza listki, wczoraj tak ładnie pozieleniała, mówię panu, ciekaw jestem jak dziś będzie, czy więcej i czy większe te liście — — a jak już będzie pełna wiosna to pojadę do Ojcowa — tam jest taka łąka i znajome tam mam, panny — — pan wie, ja już półroku z pannami nie rozmawiałem, zapomniałem, że są panny — — ale przynajmniej uciekłem, jej, że uciekłem to uciekłem —
— wszystko co pan mówi to już w samym stylu jest takie mieszczańskie, że się rzygać chce; zdrowieje pan i baby się panu zachciewa — to jasne; szkoda, że pan nie powiedział: „kocham“ i „miłość“ — szko-da! — Mnie jak się chce to mi baba jadnaka, żeby tylko na gust; odwalę swoje — pięć czy sześć — ile mi się akurat zbierze tej ochoty i mam na cały miesiąc spokój; fizjologiczna sprawa; są ważniejsze rzeczy; — wzdychania! — burżujskie odpadki — rococo (c!), romantyzm, duperele; głowę sobie zawracać; jeszcze co! — (— po chwili —) — a tych lekarzy to nic a nic nie rozumiem, znowu dziś —
— to już wczoraj, trzecia godzina — dowcipkuje sztubacko Włodek —
— no to wczoraj; badali mi krew i nibyto procent się zwiększa; a znów doktór mówił, że nic w śledzionie nie wyczuwa; djabli wiedzą; ale właściwie to już się zdrów czuję, było nie było, jutro wychodzę na miasto —
— pewnie do tej panny co tu przychodzi do pana — ? —
— żebyś pan wiedział —
Włodek westchnął.