Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Przycichli.
Zaczłapały za drzwiami kroki; coraz bliższe; uchyliły się cicho drzwi — wejrzała głowa zakonnicy — biały kornet zatrzepotał w półmroku jak przedwcześnie rozbudzona mewa; to siostra Matylda; popenetrowała szpiegliwie; wszystko, widać w porządku. Przymknęła bezhałaśnie drzwi.
Cyprjanowi zachciało się nagle palić; lecz bał się, że ruchem sprowokuje towarzyszy do rozmowy. Wolał nie.
Włodek wyciągnął spod łóżka szklane naczynie (trochę do gęsi z uciętą głową podobne); zdyszał się i zasapał; westchnął głęboko. Oddał cicho mocz. Ponowne szurgnięcie naczyniem.
Tadeusz leżał na wznak; chrapał; prędko zasnął.


Wczoraj znów wśród licznej korespondencji był taki list — niebezpieczny; już ja to znam; nieomylnie wiem; tak się to zaczyna; najpierw rozwałęsaniem myśli potem wzmocnionym pulsem — wreszcie jakby podmalowaniem tła zdarzeń dnia i nocy specyficzną wonią i zdecydowanym kolorem. Tak. No, bo to idzie, niewątpliwie idzie, i, znów to czuć w powietrzu — to są fale jakby naozonowane — oddycha się głęboko: westchnienia! (— niczem Włodek —) — Tym razem zapach jest czerwony: róż, maków, piwonii i tulipanów: słodki, odurzający, ostry; oszałamiająca woń narządów płciowych roślin; oczywiście nie tylko roślin — —